Zacznijmy od tego, że spóźniłam się oczywiście na pociąg, co nie powinno nikogo dziwić.
Miałam pojechać przed dwunastą, ale siedząc na torbie przed klatką i paląc papierosa,
z pewnych względów stwierdziłam, że jednak pojadę rano.
Po nocnych przygodach i wycieczkach na Grunwald, ledwo żywa acz szczęśliwa wpakowałam się o szóstej rano w pociąg jadący wprost do mojej babci. Pięknie. Jezioro, widoki, ale na samym środku nikąd. Odcięta od świata na trzy dni, pozdrawiam.
Zjadłam pierwszy raz od niepamiętnych czasów normalny obiad i przypomniałam sobie co to znaczy wyspać się. Wywinęłam się sprytnie od pójścia z koszyczkiem do kościoła, z resztą moja siostra też się nie pokusiła. Obejrzałam z mamą The Runaways. Najadłam się tyle mazurka, że zrobiło mi się niedobrze. Spaliłam milion szlugów na balkonie, chowając się przed babcią i dziadkiem. Pobawiłam się z siostrą, co po tak długim czasie stanowiło niemały fun. Czesuaf napierdalał w kółko, a ja uskuteczniałam błogie lenistwo i nierobienieniczego. Zaliczyłam zajebistą kąpiel ze świeczkami i Loco Star w WANNIE. Poskakałam na trampolinie w słońcu. Spróbowałam złapać myśli, od jakiegoś czasu rozbijające mi się po głowie, posklejać zupełnie niepasujące do siebie strzępki świadomości. Bezskutecznie.




