Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hell yeah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hell yeah. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 listopada 2011

Halloween

Martwa kobieta królik, zombie drwal, pokrwawiony Tomasz w dziadkowych łaszkach, hipster z nożem w sercu i Wednesday Addams czyli wesołe igraszki w noc duchów.













poniedziałek, 4 kwietnia 2011

fuck yeah.


Pewnych rzeczy nie da się opisać ani logicznie (czy też jakkolwiek inaczej)wytłumaczyć, nie wszystko można zaplanować, a niektóre pytania powinny zostać bez odpowiedzi. Czasami nie ma sensu ciężka rozkmina, rozpatrywanie miliona opcji i tracenie niebotycznych wręcz ilości czasu i energii na zbędne analizy psycho-filo-egzystencjalne. Niekiedy wystarczy impuls, spontan i niemyślenie w szerszej perspektywie. No risk, no fun, jak to mówią.
Coś, co wcześniej wydawało mi się niemalże absurdalne, a już z pewnością absolutnie niemożliwe, nagle stało się zatrważająco realne. W jednym momencie, zupełnie z nienacka, za sprawą kilku zaledwie słów.
I już, o tak.
Co więcej, zaistniała sytuacja wydaje się przybierać dość pożądany obrót i ku mojemu zdziwieniu robi mi całkiem dobrze w głowę. Choć niepewnie, instynktownie i trochę po omacku, to jednak ze sporą dozą zabawy i dziwnych rewolucji w żołądku.
Fuck yeah.

czwartek, 6 stycznia 2011

ROZPIERDOL.


Znowu po dwóch tygodniach spędzonych w domu uciekam do Wrocławia. Tym razem uciekam, nie tylko w metaforycznym, ale jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Graffiti na ścianach kamienicy, będące pozostałością po moich naprawdę hucznych dwudziestych pierwszych urodzinach(a w zasadzie połączonej z sylwestrem 3 dniowej imprezie), przysporzyło mi dość sporo problemów. Same nie znikną, ale mimo wszystko wolę rozwiązywać je ze spokojnej odległość, niż przyjmować spadające gromy w samym środku cyklonu.
Pociąg przyjemnie kołysze i stukocze, ośnieżone krajobrazy migają za oknem, a przed oczami wirują te z ostatnich dni. Jedne nieco rozmazane i niekompletne za sprawą rozmaitych zakłócaczy umysłu, inne przejrzyste i wyraźne. Pełen rozpierdol. Wódka rozlana na parkiecie, tłum uskuteczniający vixe w moim mieszkaniu, potłuczone szkło, ciasto na ścianach, Hitler electro party, policja i szampan z samego rana, dobrze przyprawione jajka z kiełbasą w szufladzie, fajerwerki nad brzegiem morza, Jezus spadający ze ściany w Fuck Roomie, światło lampek choinkowych odbijające się w jego oczach… Było naprawdę dobrze. Na tyle dobrze że, nie do końca chciałam uciekać.





Bez ograniczeń i myślenia o jakichkolwiek konsekwencjach. Tu i teraz.

środa, 15 września 2010

Parararara parapet.

















Parapet bardzo udany, zakończony piciem browara (na tak zwane dojebanie) o 8 rano w piaskownicy. :)

Ostatnio ktoś mi uświadomił, że wszystkie opory i powstrzymywacze siedzą w mojej własnej głowie. Skoro już wiem gdzie się znajdują, muszę czym prędzej zabrać się za ich likwidację.

poniedziałek, 9 listopada 2009

She's lost control again.

Mam w pokoju melinę. Przewijają się całe tłumy ludzi, siejąc spustoszenie. O najróżniejszych porach. Generalnie nie widzę różnicy pomiędzy weekendem, a resztą tygodnia.
"Jeśli przychodzą nieznajomi to już jest dobrze".

Nie ma to jak nieogarniać sytuacji.
W ogóle.
Masakra.

Picie wódki o 10 rano nie jest normalne.
Jesteśmy patologią, HELL YEAH!

*** A Halloween w Sfinie było pierwszorzędne,
szkoda tylko że z powodu różnych zakłócaczy umysłu
nie zdążyłam na Skinny Patrini. Ale co tam, dobrze było!