
Znowu po dwóch tygodniach spędzonych w domu uciekam do Wrocławia. Tym razem uciekam, nie tylko w metaforycznym, ale jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Graffiti na ścianach kamienicy, będące pozostałością po moich naprawdę hucznych dwudziestych pierwszych urodzinach(a w zasadzie połączonej z sylwestrem 3 dniowej imprezie), przysporzyło mi dość sporo problemów. Same nie znikną, ale mimo wszystko wolę rozwiązywać je ze spokojnej odległość, niż przyjmować spadające gromy w samym środku cyklonu.
Pociąg przyjemnie kołysze i stukocze, ośnieżone krajobrazy migają za oknem, a przed oczami wirują te z ostatnich dni. Jedne nieco rozmazane i niekompletne za sprawą rozmaitych zakłócaczy umysłu, inne przejrzyste i wyraźne. Pełen rozpierdol. Wódka rozlana na parkiecie, tłum uskuteczniający vixe w moim mieszkaniu, potłuczone szkło, ciasto na ścianach, Hitler electro party, policja i szampan z samego rana, dobrze przyprawione jajka z kiełbasą w szufladzie, fajerwerki nad brzegiem morza, Jezus spadający ze ściany w Fuck Roomie, światło lampek choinkowych odbijające się w jego oczach… Było naprawdę dobrze. Na tyle dobrze że, nie do końca chciałam uciekać.
Bez ograniczeń i myślenia o jakichkolwiek konsekwencjach. Tu i teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz